Artur Kocięcki




Strona główna
Aktualności
Kariera teatralna
Kariera filmowa
Twórczość
Galeria
Demo
Kontakt

 

 

 

   Opinia Redaktora Naczelnego POEZJI DZISIAJ Aleksandra Nawrockiego


 

 

„Krótki traktat o nieumieraniu” to zapis refleksji poetyckich na temat samotności wystawionej na kompromis pogodzenia się ze światem.

Jest trzecią próbą, napisaną …być może w tym celu, by innym, podobnym sobie niepewnym i niedowierzającym przekazywać z autopsji prawdę o tym, że śmierć nie istnieje…

               Jadwiga Mizińska (Prof. Zw. Filozofii)

 

 

…Przybliżanie nieznanego. Intuicyjne czy też instynktowne poszukiwanie człowieczeństwa
 jest wartością przedstawionych utworów.

„Człowiek skazany jest na rozumienie tego co dane” – pisze autor. Ulotność i kruchość życia widziana jest z drugiej strony, z granicy naszego trwania.

                                        Aleksander Nawrocki (Redaktor Naczelny POEZJI Dzisiaj)

 

 

 

 

szczęśliwy czasu nie liczy

czas jego policzy

 

Artur Kocięcki

 

 


 

Od autora

 

„Krótki traktat o nieumieraniu” nie jest receptą czy cudownym antidotum na porządek świata. Jest ledwie próbą spojrzenia nań z innej, wolnej perspektywy. Nie jest zatem misją ocalania nikogo, ani też, a może przede wszystkim, nie jest ambicją dawania przykładu komukolwiek.

Człowiek bowiem stara się pilnować własnych zdobyczy i nie dopuszcza wprowadzania zamętu. Taka inność, według niego, jest dziwactwem prowadzącym do czeluści nierozumienia. Jest więc niepożądana, bo prowadzi do zakłóceń w unormowanym, przewidywalnym świecie. Jeśli ktoś próbuje zburzyć ten ład, wycofuje się z powątpiewaniem lub gotów jest bronić swego w różny, bywa że w krwawy, sposób…

Ale przecież każdy pragnie zajrzeć za „kurtynę nieba”, choć sama próba wydaje się być na granicy szaleństwa.

Traktat… zatem nie jest nihilistycznym zapędem w negacji utrwalonych zasad i przesądów. Jest próbą komunikacji z człowiekiem, bo przecież Nieumieranie to Życie.

 
 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem Ziemianinem

  

Jestem Ziemianinem. Ćwiczę się w ziemskich sprawach. Tu na Ziemi, która jest nieziemska, bo należy do Stwórcy. To dogmat, w który wierzą Ziemianie.

Ziemianie mają różne przyzwyczajenia. I nie starają się tłumaczyć niektórych spraw niewytłumaczalnych. Po prostu przyjmują je i już.

Tłumaczeniem tym zajmują się badacze z certyfikatem nadanym. Tu na Ziemi przez innych Ziemian. Ale i to nie gwarantuje odpowiedzi. Bardziej zaś tyczy oddalania.

Czy zatem taki nawet nie szary, a bardziej przezroczysty człowieczek, miałby coś do powiedzenia? Każdy może mieć przecież własne argumenty podniesienia przyczyny starzenia. Zasługuje to na podziw drepczącego wokół innego drepczącego. Bo przecież nie robi nic, a raczej patrzy tylko…

Ci, którym nie staje podziwu, ćwiczą się w innych ćwiczeniu. Ukazują Bogów na własny użytek.

A ja bym tak chciał, żeby Bogowie niemi przemówili ludzkim głosem.
A ludzie nie klasyfikowali ich wedle siebie. Bo Bóg jest w każdym z osobna, pod warunkiem tolerancji do wszystkich różnic.


 

cztery żywioły

 

jestem ogniem

kamieniem i deszczem

pyłem nijakim

taki jakim byłem

powietrzem

 


 

 

jutro

 

 

już dziś

nie będzie

jutra

 

dlatego wstań powitać

słońce

i powiedz kocham nie tylko

siebie

 

bo jutra nie ma i nic

się nie

odbędzie

 

 

 

 

 

patrz

 

 

jaki piękny

świat

w ramionach

cały

przechylasz

pokornie

swój łeb zdziwiony

nie możesz

wstać

to romans

ucinasz

z ziemią

kurwa mać

 

 

 

 

 

kryzysowy wiersz

  

spoglądam w dół

nieprzytomnie oczyma

jak gejzer płonę

to znów w górę  

siebie nadymam

lecę

tak pięknie wzdęty

całkiem już spocony

gdzie mi frunąć tak

ani u mnie żony

anim nawet narzeczony

bym owoc wydać mógł

jak matka

spełniony

a nie

wpół dojrzały

 

kryzysowy

wiersz

 

 

 

 

 

degenerat społeczny

 

skazany

za życia

na życie

w sprawie

przeżycia

 

negocjacji

nie podejmie

 

nie podda się

kwarantannie

przynależności

boskiej czy bliskiej

bliskości

przez co

jako niezrozumiały

bankrut życiowy

zostanie

postrzeżony

na drodze

sporu

podległego

ogółowi

normalności

praw i zobowiązań

z tego

wynikających

związków

formalnych i nieformalnych

zwykle moralnych

wypłukany

ze złudzeń

starannie zostanie

lepszego życia i zgonu

nie uczyni

z ucieczki

podmiotu

odpowiedzialnością tą

 

odda się

natomiast

do degustacji

znawców przedmiotu

co w trosce

o rozwój prawidłowy

jego

pozostaną

 

wyborem

tym być może

skaże

siebie

na potępienie

niebyt i próżnię

ten wariat

czy  d e g e n e r a t

co

szczerze

pominął z gałęzi

z której ptak nawet

już dawno

 

uleciał

 

 

 

 

jest czas

 

     

 

bluźnierstwem jest

negować

przyszłość

co nie daje

ci wyboru

mocą

nieoddechu

 

wolnością zaś

plunąć jest

śmierci w twarz

 

bo jest czas

i życie

poczeka

 

 

 

 

morze

 

 

przystanął

na chwilę

zapatrzył się w morze

w babim lecie wspomnień

niepoważnie stoi

co ludzie powiedzą

czasu przecież nie ma

trzeba być

gotowym

nie przestać pogoni

już jesień zima

wiosna

może jeszcze

obudzi

i przed gór oblicze przeniesie

intruza

on w miejscu do końca

chce ruszyć

nie może

 

tęsknota

go trzyma

 

 

 

 

nie napiszę wiersza dla ciebie

 

 

nie napiszę

wiersza dla ciebie

bo ty cała

jesteś wierszem

jak ptaszyna

oddechem i sercem

wtulona

 

jak żona

 

 

 


 

Woźnica i koń

 

 

Ludzie ciągną i powożą. Jedni wzajem drugich zaprzęgają. W imię egoizmu jedynego. Ci na wozie powożą dopóty, dopóki koń nie padnie w wyczerpaniu swym. Wtedy zjawia się następny, aż do wyczerpania zasobów nowo nabytego posiadania.

Ciągnący ciągnie, póki nie upadnie i nie przejdzie po nim walec wozu użytego albo siły odpadną same od reszty czegoś, co koniem wcześniej zwanym było.

Ciągnięty zaś wiecznie dawać będzie wyraz niezadowolenia swego i używać do woli ciągania, aż kto inny przeciągnie go na stronę imć własnego panowania.

Czasem role się odwracają i koń w czasie kontemplacji przeżuwania organizuje się i dęba staje. Taki koń niepokorny, albo zrozumie swą rolę przy użyciu razów, albo dębem stał będzie i dębem się stanie, bo okoniem to skądinąd powstałe rozwiązanie.

Morał z tego taki, że ciągnący i ciągnięty, to te same Nieboraki-Boże Ptaki…

 

 


 

          Nieśmiertelny

 

 

– Wiesz, że ja nie umrę?

– Ty już jesteś martwy, kiedy tak mówisz!

Nie będę powoływał się na transcendentne teorie, tylko dlatego, że ktoś dał nazwę, choć zdaję sobie sprawę, że kłamię, posługując się literami. A co za tym idzie, objaśniam się z niczego, strachem i zamętem wiedziony. Skazany na trwanie.

Staję więc przed światem nierozumny, dziwnością jego przykuty, niczym legenda Kaspara Hausera. Moje tęsknoty zaś dają mi siłę w zaułku poniewierania…

 

– Dlaczego zatem twierdzisz, że nie umrzesz i świadomie stajesz po stronie bluźnierstwa?

– Widzisz, mnie nic już ocalić dla świata nie może… Dlatego staję poza wszelką doktryną – ładem, czyli pozorem… Ponieważ ład ów, czyli poza ta, staje się pułapką… Jedynie przestrzeń uwalnia ją od zamętu, czyni ją nieśmiertelną, a więc nieskończoną, a więc wolną, czyli…

A my krążymy jak ptaki, to tu, to tam, to w górę, to w dół, i znów… gdzie miejsce, gdzie ochota, fantazja, gdzie tęsknota… fruniemy… by już nigdy nie zatrzymać się…

 

 


 

Na niby

 

To wszystko niby na niby jest. Złudne, bo do ułudy prowadzi. Umowności, wedle języka wolnego i sugestii jego powstałych. Bo niezapisane treść stanowi. Reszta to taka fatamorgana, ble, ble, ble, dada, dada, dada, coś się napisze, coś się pogada…

Cokolwiek się powie nieważne jest, bo nie ważność co się mówi, ale co z mówienia tego… Dlatego ułuda, pozór i jakkolwiek to nazwać nieważne jest, bo ważność z tego co się urodzi i co pozostanie…

Wiedzą o tym dobrze politycy, którzy od wczesnych lat ćwiczą swoje komórki w zdobywaniu certyfikatów kompetencyjnych. I nie istotna wtedy rzeczy treść, ale skutek co po tej treści podanej zostanie. Wszystko dla więzi ogólnospołecznych i dobrego poczucia w doborze nieustannym i wymyśle co lepsze, a co gorsze dla nich, nie dla ogółu, dla nich, bo ogół to publiczność, bez której nie ma Teatru.

Więc Ty nie wchodź człeku tam gdzie ułudę ci serwują i mamią, bo zły to Teatr, gdy nieprawdziwy.

 

Czego człowiek nie robi, by zabić nudę. Zabić, co jego zabić może, kiedy nie uaktywnia się. Zabić pozornie, bo myśl ze strachu obleśna jest. Dlatego wczepiony rozumem nierozumnym człowiek błądzi. Pozostając w stagnacji i zachowawczości swej doczesnej. I chwyta co jest w stanie uchwycić, i nie zajmuje się tym co poza chwytaniem.

A przecież jest jeszcze coś, co wyobraźnią jest. I nie zachodzi w potrzebie dla ratunku, pocieszenia, ale dla przyzwoitości powszechnej i ogólności samej w sobie być powinno.

Jak zatem uwolnić człowieka samolubnego od kalkulacji z gruntu zwodniczej? Bo zwód następuje po wzwodzie nadziei. I zwiódł ten wzwód mimo atrakcyjności swej, bo opada wkrótce. Opadają ręce, chwieją się nogi i czoło spowija szron.

Przejdź się więc człowieku i przejdź. Poza te kręgi, co trzymają cię, poza te kwity, co wlepiasz się. Wyjdź na te drogi, których nie widzisz. Na te kwiaty, których nie czujesz. Na te ogrody, co z grot nostalgii przemienią cię. Tam człowieku uodpornisz się, tam… poza wszystkim prawdziwie…

 


 

Spacer z pieskiem

 

Niewybredny nerw jakiś dał sygnał suszącym się zębom w cieniu rozdziawionych warg. Zawsze w takiej chwili zbierały się poszarzałe z szarości swojej komórki na rutynową pogaduchę. Należało jak zwykle oczekiwać odporu posuchy i pragnienia. Potrzeba natychmiastowego wsparcia była wystarczającym alibi dla ociekającej ślinki. Suchoty paliły do wyjścia. Nie było odwrotu. Jeszcze tylko krótkie spojrzenie na psi wachlarz ogona i wychodzimy!

– Chodź piesku!

Prowadziły nas jęzory kapiące. Wary fruwały lekkim zwisem. Wyciągnięte szyje jak synogarliczki gruchały do wydłużenia kroku. Obok pies, wierny kompan sterował jak strzała wyposzczony. Nie było powodu do narzekań. Sklep pozostawał w zasięgu.

Jeszcze tylko sprawne przewiązanie mojego kompana i ciało już drżało na końcu kolejki. Gwarno i duszno. Kapało z gęb już i dyszało. Szeroko rozwarte nie dawały pożądanego przeciągu, raczej niepożądany, smrodliwy zaduch. Za to skromniejsze - miłosnym spojrzeniem - gały pożerały butelki wypełnione zbierającym tajfunem… Zawodziła jak zwykle klima. Jeszcze jeden argument za…

- Dziesięć proszę! – ktoś za mnie - piekącymi wargami - wybełkotał.

- Z lodówki?

– A z czego?

– Pytam, bo dopiero włożyłam i jeszcze się nie schłodziło! – wyłożyła rzecz całą spocona ekspedientka.

- To co się pyta…!? -  Niech da jak leci! Tylko szybko!

- Panie! Zdążysz pan się napić!

– Proszę mnie nie pouczać! – Zaintonowałem i doznawszy lekkiej ekscytacji poczułem się ważniejszy. Zaraz też począłem skubać boczną kieszeń.  Niecierpliwa ekspedientka sama przejęła skubanie, widząc, że sobie nie poradzę.

– Mało! – wycięła w twarz.

Dziwne, przecież na wagę było widać, że starczy…

– Panie! Płacisz albo zabieram piwo!

– Chwileczkę!!! – poraziła myśl.

Miałem zawsze przecież jakieś, gdzieś, poutykane, na godzinę czarną banknoty! Oblany rumieńcem z powodu nieskrywanej dumy konstatowałem. Ale cóż to?! Oto palec mój wskazujący oderwał się nagle od reszty i począł świdrować w pobliżu nosa sprzedawczyni, drżąc przy tym jak osika. Wspomogłem go natychmiast i trząsłem się już cały. Doszły pomruki niezadowolonych klientów.

– Panie! Idź pan do cholery! Nie blokuj pan kolejki!

Szczęściem zdołałem wysupłać w ostatniej chwili przed egzekucją jakiś zawiniątek. Zmięty, spocony, blady jakiś był jak wyprany. Z trudem rozpoznałem w nim banknot, który trząsł się już razem ze mną solidarnie! Dobrze, że autentyczności jego nie zakwestionowała pani za ladą. Rzuciła tylko parę miedziaków i przekleństw za mną.

– Jak się taki szwenda i nic nie ma, to niech dupy nie zawraca!

– Kto następny?!

Zapomniałem o incydencie, gdy głos dzwoneczków szkła przypominał o ukrytym skarbie. Pies też doceniał powagę sytuacji. Merdał żwawo ogonem i wesoło podskakiwał jak piłeczka do palanta. Raz sobie nawet kłapnął kłami.

 

Jeszcze dobrze nie usiadłem, a już ręce postanowiły wziąć sprawy w „swoje ręce”. Czekałem na strzał, obserwując język świdrujący powietrze. Długo nie powracał, choć odrętwiały, wciąż liczył na przejęcie pierwszej piany.

Wreszcie pieczęć puściła! Mlask! Prask!

– O! Kurwa! – syknąłem, fikając koziołka.

            - Yyyyyy, yyyyyy – Mamrotałem, chcąc pozbierać ciało z podłogi.

Patrzyłem tępo za ociekającą śliną, która już utworzyła konkurencyjną kałużę.

- A co ja się będę oglądał za rozlanym mlekiem! - Zamamrotałem, po czym mlasnąłem jeszcze siarczyście, wyciągając łeb z kałuży. Z nim to -  używszy yntelygencji - próbowałem ustalić swoje położenie, gdy przewalone wciąż gały nie mogły rozstać się z widokiem utraconej na zawsze kropli słońca i bursztynu.

- Tylko spokój może nas uratować! – powtarzałem jak zaklęcie niegdyś zasłyszane powiedzenie. Leżałem dalej więc, dalej więc nie śpiesząc się… cierpliwie ciałem na podłodze, nim zdołałem wygramolić się z lepkich butów i skarpet.

- Zaraz, zaraz, nie pchać się, przecież się nie rozerwę! – Poskramiałem żądze, pragnąc utrzymać nieskoordynowane ruchy latających rąk i innych członków.

- Halo! Spokojnie! Odwołałem się znów do swojej, niewątpliwie obecnej- yntelygencji. Umieściłem w związku z tym butelkę pomiędzy nogami.

- Przywarłem! Ścisnąłem!

- No i… ???

- Wyrwałem! Korek wraz z zębem!

 

Wtedy uniosłem rzecz całą:

KU GÓRZE!

- No i… ???

PRZECHYLIŁEM!!!

 

- A co!

- A co ja się będę przejmował!

- A czemu nie!

- A jak!?

- Ano ino tak!

- Na rozejm z nerwami!

 

- I ZAPOŚCIŁEM!

Kilka racji do gardła!

To nic, że na wznak i że po brodzie kapało już jak należało!

 

Pies oddalił się z podkulonym ogonem…

 

 


 

Krótki traktat o nieumieraniu

 

 

      Obudziłem się jak zwykle całkiem świadomy nieuchronności dnia. Nie otwierałem oczu. Leżałem z przeczuciem, że to właśnie dzisiaj odbędzie się moje umieranie. Mógłbym wstać, jednak byłoby to zuchwałością wobec zbierających się gości. Mieli oni zaświadczyć mojemu przeniesieniu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Zawsze kiedy przychodzą zaświadczyć, spodziewają się właśnie kogoś takiego, jak ja, co leży… i nie porusza się.
W przeciwnym razie mogłoby to zostać potraktowane jak niesubordynacja. Pozostało więc leżeć i współpracować wedle konwenansu i obyczaju. Zresztą nie przychodziło mi to z trudem. Zawsze gdy wcześniej zdarzało mi się leżeć, zbierali się inni. Mieli oni tę przewagę, że położyć mogli się kiedy chcieli. Zatem ich pozycja była uprzywilejowana. Nie każdy bowiem ma prawo wyboru.

      Zaczęli dobierać się w podgrupy, by rutynowo przejść ponad czasem. Poczułem się ważny. Byłem wzięty pod uwagę. Leżałem zatem dalej, by nie podpaść już na starcie odwiecznego rytuału. Nie było  w tym nic takiego. Trzeba było tylko wyleżeć swoje, aż do czasu gdy przejdą obok ciebie, do następnego leżącego. Teraz jednak, to ja byłem oczkiem ich uwagi, co budowało mnie od środka, bo z wierzchu zbudować już nie mogło. Poza tym, wcale nie zależało mi na tym. Teraz musiałem przenieść się i to było celem. Moje przeniesienie było formalne, ponieważ nie podlegało etykiecie. Było świadomym aktem.

      Wielu odnoszących się mogłoby zaprzeczyć. Wszystko to spekulacja na krawędzi obłędu. A przecież obłęd to teoria przygotowana na potrzeby śmiertelnego życia. W niejakiej obronie instynktu przetrwania. Koszty obiektywizmu -  dopuszczenia chaosu, byłyby zbyt wysokie. Chaos został dawno poskromiony w szpitalach dla obłąkanych. Ci co tego dokonali, sami ustanowili prawa do wyłączności.


      Sytuacja, w której się znalazłem była zupełnie naturalna i zrozumiała. Oto przecież leżę, nie wstaję, nie stoję, więc leżę, podlegam obróbce – odchodzę od wyobrażalności.  Co dalej? Nie wiem, choć sobie uświadamiam.
      Pozostało mało czasu, chociaż czas to też twór. Kamienia rzuconego w otchłań nie zatrzyma żaden plusk. Utonie w niewyobrażalności. 

      Dlaczego więc nie stanąć, by to powiedzieć? To nie istotne z jakiej perspektywy coś jawi się. Czy jest ona pozioma, czy pionowa, nie ma znaczenia. Znaczenie ma samo się jawienie i tego odczuwanie.
      Świat nie istnieje. To tylko wymysł nadgorliwości człowieka. Ocena niesklasyfikowana. Nawet abstrakcją to nie jest. Człowiek skazany jest na rozumienie tego co dane. Miliony świadków zajęło się już tym zjawiskiem. Ale za mało jest takich, którzy przyznają się do nieprzyznania racji nikomu.

     Leżąc tak długo nieruchomo, żeby nie zostać posądzonym o nieprzestrzeganie zasad przeniesienia, poczułem ucisk w okolicy mózgu. To niebezpieczne zjawisko pozostawało w sprzeczności z ustaleniami. Śmierć mózgu została przecież stwierdzona, skąd więc ten ucisk. To, że z ciałem zmienia się człowiek było widoczne od dawna, jednak erupcji mózgu nie dało się zauważyć.
      Polegała ona na przyjęciu tego co dane i tego co poza nim. Nie było to normalne, jednak ściśle związane z przeniesieniem. Oderwaniem od tematu. Cierpliwość ludzka też ma swoje granice.


 

 

 

do bliźniego swego

że daliście

wstać

bym marniej

mógł jeszcze

paść

przed

wami

 

że wskazaliście

drogę

bo czuli jesteście

na nieczułość

moją

 

że daliście
świadectwo

uczynków swoich

wobec bliźniego

miłując jak siebie

samego

 

zgodni

i miłujący

dziękuję wam

 

 

 

 

Wszystkie zamieszczone powyżej teksty są prawnie chronioną własnością autora. Zabrania się ich wykorzystywania, kopiowania oraz publikowania bez zgody autora.

 

powrót